LIVERPOOL – FC BARCELONA 4:0.

Opublikowano: 08-05-2019

Wróć do spisu artykułów



Liverpool FC – FC Barcelona 4:0. Skreśleni przez wielu The Reds pokonali Barcę (4:0) i awansowali do finału Ligi Mistrzów.

Radość Liverpool FC

 

 

 

W życiu pewna jest tylko śmierć – te słowa wypowiedziane przed meczem Jona Aspiazu, asystenta Ernesto Valverde, miały podkreślać przemianę, jaka w ostatnich miesiącach zaszła w drużynie Barcelony. W ćwierćfinale ubiegłorocznej edycji wysoko wygrała u siebie z Romą (4:1), jednak jej zawodnicy skompromitowali się w rewanżu, przegrywając 0:3. Teraz miało być inaczej, a skończyło się równie tragicznie. W 7. minucie Divock Origi strzelił gola na 1:0 i fanom Blaugrany przypomniały się koszmary z ubiegłego roku.

Mur się posypał

– Wszyscy chcieliby powtórki z finału ze Stambułu. Ja też – nie ukrywał przed meczem Jerzy Dudek. Były bramkarz The Reds wspominał finał Champions League z 2005 roku, gdy Liverpool do przerwy przegrywał 0:3, aby w drugiej połowie odrobić straty i sięgnąć po trofeum. Golkiper zastrzegał jednak, że ten scenariusz nie wydaje mu się zbyt prawdopodobny. – Przecież nie ma Mohameda Salaha. Nie ma Roberto Firmino. Nie ma Nabiego Keity... Liverpool potrzebowałby czegoś więcej niż cudu. Ale przecież na Anfield Road wszystko jest możliwe. Zresztą, ja doskonale wiem, że 0:3 to nie jest wyrok śmierci – rozmarzył się 46-latek.

„Nigdy się nie poddawaj” – głosił napis na bluzie, w której Salah pojawił się we wtorek na Anfield Road. Z podobnego założenia wyszli jego koledzy. Liverpool szybko wyszedł na prowadzenie. I choć w dalszej części pierwszej połowy to Barca miała więcej okazji, to po przerwie gospodarze zadali kolejne ciosy. W 120 sekund Marca-Andre ter Stegena pokonał Georginio Wijnaldum, który na boisku pojawił się w przerwie. Po niespełna godzinie gry było 0:3. Powtórka ze Stambułu i z Rzymu wisiała w powietrzu.

Wpełnianie ANKIET, praca zdalna, dodatkowa, 30 min/dziennie 

– Nie możemy pozwolić im wrócić do gry. Wtedy, dzięki wsparciu fanów na Anfield, będą gotowi nas pożreć! – przestrzegał przed spotkaniem Luis Suarez, były gracz LFC, który na wyjazdowego gola w Champions League czeka od września 2015 roku. Teoretycznie, w Barcelonie mieli ogromną liczbę powodów do optymizmu. Mieli świetny wynik. Do tego, wszyscy piłkarze byli zdrowi i wypoczęci, bo w LaLiga z Celtą (0:2) zagrali rezerwowi. Do tego, w ostatnich miesiącach ekipa była bardzo skuteczna. Eksperci podkreślali, że jego gra stanowi odzwierciedlenie Ernesto Valverde – prezentując wyrachowany, bardzo efektywny styl, który nie zawsze musi być efektowny. Tę tezę podpierały liczby. W dziewięciu wcześniejszych kluczowych spotkaniach w 2019 roku (1/8, 1/4 i pierwszy mecz 1/2 finału LM, a także trzy starcia z Realem i jedno z Atletico) Katalończycy stracili tylko dwa gole. We wtorek ten mur się posypał. A ostateczny tego dowód dostaliśmy w 79. minucie. Wówczas, po fatalnym gapiostwie zawodników Blaugrany i centrze z rzutu rożnego, gola na wagę awansu strzelił Origi.

Było tak jak w Stambule

– Zrobimy wszystko, by ponownie przywieźć ten piękny i pożądany puchar na Camp Nou – zapowiadał przed startem sezonu Messi. Był blisko dotrzymania słowa, ale koszmar powrócił. Liverpool, tak jak w Stambule, wrócił z zaświatów i w niesamowity sposób wywalczył awans do finału w Madrycie. W ubiegłym roku The Reds przegrali w Kijowie z Realem (1:4). Teraz wreszcie sięgną po wymarzony puchar?

Liverpool FC – FC Barcelona 4:0 (1:0)

Bramki: Divock Origi (7', 79'), Georginio Wijnaldum (54', 56')

Pierwszy mecz: 3:0 dla Barcelony

Awans: Liverpool FC





Back to top
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.Rozumiem