Inny wymiar strajku – głos rodzica

Opublikowano: 13-04-2019

Wróć do spisu artykułów



Dostaliśmy wiadomość od jednego z rodzica dziecka, którego nauczyciele protestują. Jest to temat bardzo trudny i dla wielu oznacza bardzo różne uczucia. Publikujemy treść listu. 

 

- Jestem mieszkanką małego miasta od bardzo wielu lat. Tu urodziło się moje dziecko, tu chodziło do przedszkola i tu uczęszcza do szkoły podstawowej. Jestem samotną matką. Nie jest mi łatwo. Nie zawsze życie układa się tak aby móc dzielić dzień z dorosłym, który bywa oparciem. Jako rodzice, to co mogliśmy zrobić najlepszego dla naszego dziecka to życie oddzielnie. Ojciec bywa dwa razy w miesiącu w weekendy. 

 

Wstajemy rano. Nie ma różnicy czy lekcje zaczynają się od 11.30 czy od 8.00. musimy wyjść rano. Moja praca zaczyna się o 8.00 i trwa do 16.00. Idealnie, można rzec. Do pracy nie mam daleko, ale i tak oznacza to, iż moje dziecko większość dnia spędza w szkole.  Odbieram je ze świetlicy, zresztą do której codziennie odprowadzam co rano. Tam zawsze wita mnie uśmiechnięta nauczycielka. Mimo wielu godzin spędzonych z uczniami o różnych humorach. Zawsze dopilnuje czy kanapka zjedzona i odrobi sporo zadanych lekcji. Często znajdą jeszcze czas na rysunek. Cały dzień w szkole moje dziecko spędza z nauczycielami. Jestem im bardzo wdzięczna. 

 

Wracamy do domu i mamy chwilę na obiad przygotowany dnia poprzedniego wieczorem. Sprawdzenie lekcji i kilka chwil na zabawę. Potem sen i kolejny dzień podobny do poprzedniego. Doceniamy tą jednostajność. Moja praca polega na kontaktach z ludźmi. Bywa różnie. Są też tacy, którzy niekoniecznie wykazują kulturę języka. Muszę dawać sobie z tym radę. Pracuję zadaniowo i mam taki system, który wypracowałam i daje mi on 2500 zł netto pensji. Dodatkowo dwa razy w miesiącu dorabiam w weekendy. To jest zasilenie budżetu domowego o 500 zł. Pracuję ok 200 godzin w miesiącu. Czasem współpracownicy czy szef dzwonią do mnie po pracy. Ja odbieram bądź oddzwaniam. Nie mam służbowego telefonu. Kiedy byłam na rozmowie kwalifikacyjnej jasno przedstawiono warunki pracy. Miałam wybór. Brać albo szukać dalej. Zostałam, stabilność pracy i wypłaty jest dla mnie bardzo ważna. 

 

Dni były bardzo podobne do siebie. Aż do tego poniedziałku. Musieliśmy zostać w domu. Dwa razy zabrałam dziecko do pracy. Ale to absolutnie się nie sprawdziło. Jako rodzice dostaliśmy niepisany komunikat, że zajęć nie będzie i wskazane jest zapewnienie opieki we własnym zakresie. Nikt nie przyprowadził dziecka do szkoły. Moje też nie chciało być w niej bez kolegów i koleżanek. Zresztą co to za pobyt bez zajęć z nauką. Tak jak sto procent innych rodziców w tej klasie nie przyprowadziłam dziecka do szkoły.

 

Nie mam krowy, ani innego zwierzaka, nie pobieram zasiłku i 500 plus. Nie klasyfikuję się na alimenty, gdyby jednak ojciec dziecka przestał płacić. Wszyscy pytają czy popieram strajk. Czy kwota 2000 zł to jałmużna. Czy to godne. Nie mam czasu na dyskusje. Nikt mnie nie pyta czy 2500 zł to dużo. Czy starcza na życie i wynajem się zapłacił. Nie mam obok siebie grupy osób wspierającej się wzajemnie w walce z niegodnymi zarobkami. Jestem tak niewidzialna, że granice mojego istnienia przechodzą obok innych. Niezauważalnie. 

 

Jeśli zostaniemy jeszcze kilka tygodni w domu, stracę prace. Stracę miejsce zwane domem i 2,70 na chleb. 

 

Popieram strajk. Każdy powinien godnie zarabiać. 





Back to top
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.Rozumiem